14 kwietnia 2017

Uprowadzone

U Yakiimo

— Niedobrze, bardzo niedobrze — jęknęłam pod nosem, ukradkiem zerkając na elektroniczny zegarek.
Przedpokój przemierzyłam na jednej nodze, zaplątana w nogawki czarnych, obcisłych spodni, które od pięciu minut próbowałam na siebie wciągnąć. Do łazienki wpadłam, zahaczając o lustro; poruszyło się złowrogo, a ja wiedziałam, że w moim przypadku przesąd o siedmiu latach nieszczęścia na pewno się ziści. Jedynym, w co ostatnimi czasy wierzyłam, było prawo karmy. Wracało do mnie zawsze po czasie, jakby uwielbiało się spóźniać i kpić z mojego poczucia bezpieczeństwa. Mimo to, nie miałam nic na swoje usprawiedliwienie, bowiem nie należałam do ludzi uczynnych, miłych czy pomocnych. Jeśli już coś robiłam, to podświadomie doszukiwałam się w tym korzyści, zwłaszcza w postaci dłużników.
Sięgnęłam po szczotkę do włosów i przeczesałam puszyste fale na swojej głowie. Krótsze kosmyki z przodu wyglądały okropnie, lecz nie miałam wystarczająco czasu, żeby bawić się w prostowanie. Swoją drogą, przestałam to robić odkąd zamiast włosów, złapałam między rozgrzane blaszki płatek ucha. Popatrzyłam na swoje odbicie; bez okularów wyglądałam na jeszcze młodszą, niż zazwyczaj. Dziwne kreski biegnące od kącików oczu do policzków sprawiały, że wydawałam się ciągle ospała. Wargi musnęłam matowym, fioletowym błyszczykiem, i wybiegając, chwyciłam za skórzaną kurtkę oraz kask.
Motocykl czekał na mnie w garażu, nieco zakurzony, ale wciąż zdatny do użytku. Przetarłam siedzenie jakąś szmatą, wyprowadziłam maszynę, zarzuciłam na ramiona skórę, a do uszu wsadziłam słuchawki, uprzednio włączając jakąś rockową balladę. Dzień zapowiadał się nieciekawie; ciężkie, szare chmury krążyły nad moim blokowiskiem, zapowiadając obfity deszcz. Zwykle w taką pogodę zrezygnowałabym z jazdy na motocyklu, obawiając się, że w nieodpowiednich warunkach zwyczajnie nie dam sobie rady, jednak za bardzo mi się spieszyło, więc zrezygnowałam z czekania na obskurny autobus.
Wyprzedzałam kolejne samochody, wyjeżdżając z mojego miasteczka i kierując się wprost do pobliskiego, gdzie od września chodziłam do jednego z liceów. Sprawą spóźnienia nie przejęłabym się tak bardzo, gdyby nie fakt, że pierwszą lekcję odbywałam z postrachem szkoły — elegancką, ale wymagającą profesor historii, której podpadłam w pierwszym semestrze. Przełknęłam gulę w gardle, skręcając w wyboistą drogę prowadzącą na skróty. Korzystając z chwilowej samotności na ulicy, jechałam slalomem, omijając największe dziury. Małe krople spadły mi na szybkę, irytując swoją obecnością. Na skórze okrytej jedynie cienką kurteczką, poczułam dreszcze spowodowane jakby gwałtownym ochłodzeniem. Zaklęłam pod nosem, przyspieszając, chociaż najchętniej wróciłabym do domu, wpełzła do łóżka, a potem wstała godzinkę przed imprezą, żeby wreszcie na coś zdążyć.
Wtedy go zobaczyłam. Stał na poboczu w spranych bojówkach, rozpiętej bluzie i białej, trochę mokrej od deszczu koszulce. Blond włosy rozwiał mu wiatr, przez co wyglądał, jakby kilka nocy spędził na dworcu. W chwili, gdy go mijałam, nasze spojrzenia skrzyżowały się. Dostrzegłam nieskazitelny błękit, od którego biły radosne, pewne siebie iskierki. Uniósł nad głowę karton, a ja pomyślałam, iż jest autostopowiczem, więc pospiesznie odwróciłam wzrok, przerażona, że w ogóle nie zwracałam uwagi na drogę i znaki. Moje brwi same się uniosły, wyczuwając zagrożenie. Adrenalina zaczęła buzować mi we krwi, ogarnęło mnie niesamowite gorąco. Przede mną stała ciężarówka, z otwartą naczepą oraz przyłożoną do niej blachą, żeby nie było problemu przy wchodzeniu lub wjeżdżaniu. Obok niej porozstawiano kolce. Zdawałam sobie sprawę, że zostało mi jedno wyjście; nie miałam najmniejszych szans na całkowite wyhamowanie, a jeśli chciałabym ominąć pojazd, przebiłabym obie opony. Skręciłam kierownicą, odchylając się w bok. Motocykl jechał niemal w poziomie, zaś ja modliłam się, aby kolanem nie zahaczyć o asfalt. Niczym na filmie akcji bokiem wjechałam do wnętrza ciężarówki, zatrzymując się zaledwie kilka centymetrów od przeciwległej ściany.
Zdałam sobie sprawę, że leżę na plecach, z jedną nogą uwięzioną pod motocyklem. Nie bolała mnie, więc przestałam się martwić złamaniem, skręceniem, czy innymi rzeczami, które zmusiłyby mnie do wizyty w znienawidzonym szpitalu. Z trudem zsunęłam z głowy kask, odrzuciłam go gdzieś w tył i odetchnęłam głęboko, przecierając rękami twarz.
— Głupi uchodźca — rzuciłam pod adresem nieznajomego mi blondyna.
Wtedy dwa cienie pojawiły się w moim polu widzenia, weszły do środka i zatrzasnęły za sobą dwuskrzydłowe drzwi. Zaśmiałam się nerwowo, na marne starając wygramolić spod mojej ukochanej maszyny, którą wówczas przeklinałam.
Sorry, że przeszkadzam w pracy, jeszcze chwila i zaraz mnie tu nie ma — powiedziałam, drugą stopą odpychając się od siedzenia. Ruszyłam się zaledwie o centymetr, kiedy jedna z postaci zawisła nade mną, klękając na jednym kolanie.
To był dokładnie ten sam chłopak, który rozproszył mnie swoim tandetnym transparentem. Może kierowca tira zgodził się go zabrać? Zmarszczyłam brwi, podczas gdy ten przyglądał mi się badawczo, delikatnie uśmiechając.
— To ona — przemówił w końcu, zbijając mnie z pantałyku. — Nie poznałem, jest bez okularów. — Podniósł się i nerwowo podrapał po karku, zwracając do swojego ukrytego w ciemności kompana.
— Żartujesz sobie? — Uniosłam do góry brew, porzucając zamiar uwolnienia się.
Moja ciekawość oraz złość błyskawicznie rozbłysły, tworząc niezbyt sympatyczną mieszankę. Drugi zbliżył się, ukazując mi swoją postać. Miał czarne włosy zebrane w niedbały kucyk, grzywkę opadającą na ciemne oko, a także poważnie wyglądające oblicze. Na sekundę odebrało mi mowę, co nie zdarzało się często. Nabrałam powietrza, nadymając policzki i wrzasnęłam:
— Ty chory popaprańcu wypuść mnie!
— Ej, spokojnie. — Blondyn przestraszył się, odruchowo odskakując krok w tył. — Nie zrobimy ci krzywdy. Chcemy zadać tylko kilka pytań.
— Wal się — sarknęłam i mocno kopnęłam siedzenie motocykla. — Spieszy mi się do szkoły, mam dziś cholernie ważne powtórzenie, sprawdzian i chyba jeszcze jakieś zaliczenie… Nawet nie wiem, co to będzie. Świetnie, Yakiimo, jak zwykle przygotowana — mamrotałam ironicznie pod nosem, cały czas uderzając w nieruchomą maszynę.
Byłam wściekła, nieco przerażona faktem przetrzymywania mnie w ciężarówce. Nagle mnie olśniło, a ów myśl była tak obrzydliwa, że zamilkłam oraz zaprzestałam znęcania się nad siedzeniem.
— Handlujecie organami. — Oskarżycielsko wycelowałam palec w blondyna.
— Jasne, że nie. — Skrzywił się lekko, wymieniając zakłopotane spojrzenie z rozbawionym mężczyzną.
— Zabijecie mnie, a potem wytniecie mi wątrobę i zarobicie tysiące na czarnym rynku — kontynuowałam, popadając w większą histerię.
Zwykle opowieści o przestępcach nie ruszały mnie i wyobrażałam sobie, że kiedy stanę z jakimś oko w oko, świetnie sobie poradzę. W tej chwili marzyłam tylko o tym, żeby cofnąć się w czasie i dać sobie w twarz. Mogłam poczekać na autobus albo w ogóle nie próbować zgrywać dobrej uczennicy, przynajmniej nie wpadłabym w tarapaty.
— Opanuj się, kobieto! — Ciemnowłosy uderzył pięścią w otaczającą nas blachę.
Zamilkłam instynktownie; ten facet od początku wzbudzał respekt.
— Masz na imię Yakiimo, tak? — Wyciągnął przed siebie oprawiony w brązową skórę notatnik. Kiedy nie odpowiedziałam, popatrzył na mnie znacząco. Ochoczo pokiwałam głową, doprowadzając się do bólu karku.
— Dobrze. Urodziłaś się w grudniu, rocznikiem siedemnastolatka. Sto pięćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, ciemnoblond włosy, szare oczy, raczej jasna cera. Uczęszczasz na profil społeczno-prawny. To podstawowe i właściwie jedyne informacje, jakie posiadamy.
— Cieniasy — szepnęłam pod nosem, uśmiechając się cynicznie.
— Nie pozwalaj sobie — warknął.
— Rozumiem, że to jest Sherlock — wskazałam podbródkiem na ciemnowłosego — a ty, to Watson — zwróciłam się do poirytowanego moim zachowaniem blondyna.
— Nie, mam na imię Naruto — odpowiedział grobowym tonem. — To jest Madara.
— Dzięki, jak już stąd wyjdę, będę wiedziała kogo ścigać. — Zaczepnie puściałam mu oczko. Odwrócił głowę, wpatrując się w przedmiot trzymany przez kompana. Madara zamknął go i schował do tylnej kieszeni spodni, wzdychając głośno.
— Kim jesteś na Mangowych Wywiadach? — wyrzucił z siebie, plecami opierając o ścianę. Przekręciłam głowę, żeby móc lepiej mu się przyjrzeć, jednocześnie mając świadomość, że Naruto wciąż czai się gdzieś za mną, gotowy spuścić mi łomot za niewyparzony język. Z drugiej strony wątpiłam, by był damskim bokserem.
— Na początku zajmowałam się sprawdzaniem wywiadów dziewczyn, potem otworzyły nabór i zostałam dziennikarzem. — Skonsternowana wzruszyłam ramionami.
Nie pojmowałam po co im te wszystkie banalne informacje, lecz dopóki koncentrowały się wokół łatwych i bezpiecznych tematów, mogłam w nie brnąć. Czułam się trochę, jak na sesji terapeutycznej u psychologa. Leżałam, wpatrzona w sufit i zagłębiałam się w swoje myśli, odpowiadając na kolejne pytania.
— Organizuję też konkursy — dodałam.
— Lubisz taką… pracę? — Tym razem odezwał się Naruto. Siedział obok mnie, z łokciem na kolanie. Pozował na wyluzowanego, ale doskonale widziałam, jak spinał mięśnie, kiedy poruszałam się nieco za gwałtownie.
— Gdybym nie lubiła, to by mnie tam nie było — warknęłam.
Zauważyłam na jego twarzy swojego rodzaju niezrozumienie. W końcu żaden z nich nie próbował się do mnie dobierać, nawet nie ruszyliśmy z miejsca, więc prawdopodobnie wywieźć też mnie nie chcieli. Jedne, co mi przeszkadzało, to nasilające się mrowienie w zdrętwiałej, uwięzionej nodze.
— Uwielbiam — szepnęłam. — Oczywiście bywają spięcia, ale nigdy tak naprawdę się nie kłócimy. Wiem, że zawsze mogę na nie liczyć, nawet wtedy, gdy któraś musi uspokajać moją agresywną naturę. O cokolwiek mnie poproszą, zrobię to — wyznałam sentymentalnie.
Miłe ciepło rozeszło się po moim ciele, gdy pomyślałam o trójce zupełnie różnych, ale okropnie bliskich mi kobiet. Czasami odnosiłam wrażenie, iż mogę na nich bardziej polegać, niż na otaczających mnie w rzeczywistości ludziach.
— Wolny czas… Jak go spędzasz?
— Zwykle piszę, słucham muzyki, czytam, oglądałam też Grę o Tron, ale po skończeniu szóstego sezonu, czuję niewyobrażalną pustkę. W piątki wymiguję się od spotkań ze znajomymi. Nie chodzi o to, że ich nie lubię, znamy się od dzieciaka, ale jeśli mam wyjść w środku nocy i patrzeć tylko, jak opróżniają kolejną wódkę pod podstawówką, to wolę podziękować. Poza tym zwykle jest z nimi dziewczyna, z którą prowadzę zamkniętą wojnę; unikamy się od jakiś trzech lat — wyliczałam z na wpół przymkniętymi powiekami.
Madara wydał z siebie coś na wzór mruknięcia, tymczasem jego kolega — Naruto — przyglądał mi się badawczo tymi swoimi wielkimi, niebieskimi oczyma. Jeszcze kilka miesięcy temu zigorowałabym jego typową, lecz paradoksalnie pociągającą urodę. Zauroczona najlepszym przyjacielem starszego kuzyna, nie zwracałam uwagi na otaczających mnie mężczyzn, dopóki nie wywinął mi świństwa, za które tak właściwie byłam odpowiedzialna. W szybki sposób dałam się omotać, przekonana, iż nie należę do grona naiwnych dziewczyn. Myśląc tak, pokazałam, jak daleko mi od rozsądku wobec szybko rozwijających się uczuć. Jednak w tamtym momencie nie potrafiłam przemóc się i odwrócić wzroku od jego niemal idealnej twarzy. Kiedy zamyślony przygryzł dolną wargę, coś ścisnęło mnie w dole brzucha.
— Tylko to odpycha cię od znajomych? — zagadnął.
— Tak, nie przeszkadza mi, że są facetami. Daleko im do prawdziwych samców. Kilka miesięcy temu obroniłam piętnastu z nich przed dwoma dresiarzami. — Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie przerażonych twarzy kolegów, którzy wypychali mnie na początek ich dotychczas niezłomnego szeregu, bym stawiła czoła dwukrotnie wyższym od siebie mężczyznom. Naruto uniósł brew, jakby wątpiąc w moją siłę.
— Hobby?
— Raczej brak, no chyba, że zaliczysz mi pisanie.
— Chłopak?
— Nie.
— Ale był.
— Nie — warknęłam, kończąc bezsensowną wymianę zdań.
Madara postukał się wskazującym palcem po brodzie. Ostentacyjnie przewróciłam oczami, głośno wypuszczając powietrze.
— Grywasz w koszykówkę — powiedział, zachęcając mnie do rozwinięcia wypowiedzi.
— Grywałam — rzuciłam, zaznaczając czas przeszły. — Ręka mi nie pozwala. — Pomachałam lewym nadgarstkiem w powietrzu. — Byłam rozgrywającą, czasami kapitanem, ale nienawidziłam, gdy mnie nie słuchali, więc szybko zrezygnowałam z tej posady. Wolałam wiedzieć, że przegrywają przez siebie, a nie przez to, że nie wykonali mojego polecenia.
— Jesteś władcza? — odezwał się Naruto.
— Raczej wiem, czego chcę. Nie boję się krzywdzić ludzi, którzy mnie nie obchodzą, może dlatego, że sama byłam kiedyś ofiarą. Wielokrotnie. — Stęknęłam, gdy zdrętwiała noga zaczęła mi doskwierać. — No dobra, piękny lolo, dawaj resztę pytań. — Ponagliłam.
— Piękny lolo? — Naruto z rozbawieniem popatrzył na Madarę, który z politowaniem pokręcił głową.
— Czym jest dla ciebie życie?
— Trochę zabawą, trochę obowiązkiem. Wierzę, że jestem tu z jakiegoś powodu. Może kiedyś coś odkryję, albo uratuję świat, ale to nie oznacza, iż czasami nie mogę zwyczajnie egzystować lub porządnie narozrabiać. Każdy żyje, jak chce; źle, dobrze, egoistycznie, dla drugiego człowieka. To nie ma znaczenia, dopóki naprawdę żyjesz.
Czułam się wyjątkowo dobrze w ich towarzystwie. Spodziewałam się intymnych pytań albo takich zahaczających o moją przeszłość. Wtedy z pewnością rzuciłabym się na któregoś z nich w celu pokazania z kim zadarli.
— Lubię zwierzęta, wszystko, co ma smak truskawek, ciemne szminki, szczególnie fioletowe, muzykę rockową, amerykańskie seriale, zwłaszcza Grę o Tron i Lucyfer oraz anime. A! Kłócę się, grożę i biję kilka razy w tygodniu. Mam świra na punkcie Marvela, cytatów i męskich tyłków. Tak, dobrze słyszeliście — dorzuciłam, widząc ich skonsternowane miny. — Marzę o kolczyku w pępku, może też języku, ale nigdy nie potrafię się w sobie zebrać, by iść do studia piercingu. A teraz mi pomóżcie, zanim wyjdę z siebie i obu wam przywalę. — Podniosłam się do pozycji siedzącej, chwytając za skórzane siedzenie motocykla.
Naruto podszedł do mnie, przykucnął i odgarnął z szyi włosy. W miejscu, gdzie dotknął mojej skóry, poczułam dreszcze. Potem nastąpiło bolesne ukłucie; pisnęłam zszokowana czynem blondyna. W moim przekonaniu to Madara odgrywał rolę złego gliny. Najwyraźniej znowu się pomyliłam. Naruto trzymał w dłoni opróżnioną strzykawkę, a na widok gigantycznej igły zrobiło mi się słabo. Poleciałam do tyłu, lecz jego silne ramiona powstrzymały mnie przed upadkiem, delikatnie kładąc na podłodze przyczepy.
— Śpij dobrze, Yakiimo — szepnął.
— Wal się, popaprańcu.
— Nie większy niż ty — odparował ze śmiechem na ustach.
Ciało zdrętwiało mi po kilku minutach, przed oczami pojawiły się ciemne, hipnotyzujące mroczki. Zamknęłam powieki, czując niesamowitą błogość. Oddech miałam spokojny, mięśnie rozluźnione, umysł oczyszczony. Nie zależało mi na tym gdzie ani z kim jestem. Uniosłam kąciki ust, doskonale wiedząc, że to nietypowe zdarzenie będę wielokrotnie wspominać, ale gdy zasypiałam ogarnęło mnie nieodparte wrażenie, iż to zwykły sen; rzeczywista mara. Pewnie, jak zwykle zignorowałam poranny budzik.

U Hoshi

Próbowałam podnieść ciężkie powieki, nadal skołowana, całkowicie nieświadoma swojej sytuacji. Głowa bolała i pulsowała niemiłosiernie, swoim ciężarem ciągnąc z powrotem w stronę poduszki. Odruchowo sięgnęłam ręką w stronę swojej szafki nocnej, na której zawsze stało pudełeczko środków przeciwbólowych. I wtedy zdałam sobie sprawę z niecodziennej sytuacji.
Nie było pudełeczka. Nie było szafki, a poduszka pod moją głową miała wyraźnie obcy zapach.
— Witamy księżniczkę. — Usłyszałam tuż nad swoim uchem nieznajomy, męski głos. — Jak się spało?
Momentalnie poderwałam się, próbując wstać z kanapy. Należałoby podkreślić tutaj słowo próbując, gdyż moje działania zostały brutalnie przerwane bólem głowy, w skutek czego opadłam na posłanie, przytrzymując ręką skroń.
— Spokojnie, spokojnie. Gdzie to się tak pani śpieszy, hm? — powiedział z entuzjazmem w głosie chłopak siedzący na fotelu obok.
Zlustrowałam go wzrokiem. Pierwszym, co rzucało się w oczy, były czerwone, rozwichrzone włosy. Mojej uwadze nie uciekły też oryginalne, duże okulary w czarno—żółte paski i kryjące się za nimi złote oczy. Wyglądał mi trochę na zwykłego nerda komputerowego, może nieco bardziej „kolorowego” i oryginalnego od ludzi, z którymi często mam do czynienia.
Wyglądał — bo w rzeczywistości był porywaczem, przez którego w tym momencie, zamiast siedzieć w swoim pokoju z kubkiem kawy i notatkami o syntezie jądrowej, znajdowałam się w tym dziwnym, podziemnym pokoju wypełnionym po brzegi elektroniką; i nawet nie wiedziałam, co tu robię, mimo iż wspomnienia o tym, jak się tu dostałam, zaczynały powoli napływać do mojej obolałej głowy sprawiając, że pulsowała jeszcze bardziej…

2 godziny wcześniej
— Naprawdę nie dałoby się tego przełożyć? — szybkim krokiem kierowałam się w stronę wyjścia z hali, jednocześnie zapinając wypchaną po brzegi torbę, przytrzymując w zębach klucze i przyciskając ramieniem telefon do ucha. — Mówiłam ci, że ostatnio nie wyrabiam nawet z ćwiczeniami, nie mam czasu podrapać się po nosie.
Słyszę właśnie. — Mike cicho parsknął śmiechem. Przedmiot trzymany w ustach zdecydowanie nie pomagał w rozmowie. — Ale nic nie poradzę, nie mam na to wpływu. Hoshi, musimy oddać ten projekt na czwartek albo Adam nam łby poukręca. Wiesz, ile siedział nad swoim tekstem, zabije nas, jeżeli zawalimy.
— Dzięki, potrafisz pocieszyć człowieka… — Westchnęłam, wkładając klucze do kieszeni i biorąc telefon do wolnej ręki. Spojrzałam na okno skierowane prosto na zachodzące słońce, mrużąc jednocześnie oczy. — Jak stoisz ze swoją częścią?
Nie tak źle, ale zostało mi w sumie to, co najgorsze.  Powinienem jeszcze…— przerwał w połowie zdania. Z drugiej strony przez parę chwil słychać było szumy i rozmowę w tle, za moment znów zabrzmiał jego głos — Muszę kończyć, siostra  potrzebuje pomocy z pracą domową z matmy. Zadzwonię później i to omówimy, ok?
— Mam wyjście? — zapytałam ze zrezygnowaniem w głosie. — Wiesz co, nie odpowiadaj. — Oddaliłam telefon od ucha, po czym ze zirytowaniem wcisnęłam czerwoną słuchawkę.
Nawet nie domyślał się, jak czekałam na ten telefon. Jaką euforię wywołały we mnie migające na ekranie słowa „Przychodzące połączenie: Michael <3”,  jak szybko zabił ów uczucie, mówiąc, że dzwoni tylko doinformować się, co z moją częścią projektu z filozofii, nad którym razem pracowaliśmy.
Miałam dość tego, że od paru miesięcy Mike zdawał się zbywać nasz związek na dalszy plan. Wymigiwał się ogromem nauki, który spadł na nas w liceum, obowiązkami wobec rodzeństwa, swoją pracą na pół etatu,  gdzie siedział wieczorami, aby tylko uzbierać pieniądze na wymarzone studia. Zawsze było jakieś ale, tłumaczące jego brak czasu nawet na zwykły wypad do kawiarni po lekcjach czy krótki spacer wieczorem.
A mi coraz gorzej wychodziło ukrywanie tego, że mam dość.
Wyszłam z budynku, zamykając wszystkie zamki drzwi wejściowych. Na telefonie szybko sprawdziłam, ile czasu zostało mi do odjazdu autobusu.  Dwadzieścia minut. Zdecydowanie za dużo… Przystanek położony był może dwieście metrów od miejsca, w którym się znajdowałam. Ostatnim, o czym marzyłam, było chodzenie w kółko albo siedzenie na zimnej ławce przez tyle czasu.
Właśnie w momencie, w którym zamierzałam wrócić na chwilę do ciepłego budynku i zrobić sobie przynajmniej herbatę, komórka w mojej kieszeni zawibrowała.
„Hej, nie wróciłaś jeszcze do domu, nie? Późno już, może za jakieś  pięć minut podjadę tam i odwiozę Cię do domu?”  — otworzyłam szeroko oczy. SMS od Mike był dla mnie sporym zaskoczeniem, zwłaszcza po jego nagłym przerwaniu rozmowy. Jednak szczęście szybko wyparło zdziwienie. Nie zastanawiając się dłużej, odpisałam mu krótkie „Jasne”, po czym zaczęłam kierować się w stronę parkingu znajdującego się na tyłach budynku.
Może chłopak nie był jedynym winnym sytuacji między nami. Mi samej od dłuższego czasu zdarzało się spędzać całe wieczory, czasami nawet noce, na hali, ćwicząc na kwalifikacje do szkoły tańca, o  której od dawna marzyłam. Jednak wiele razy przekładałm treningi, albo przynajmniej próbować to robić, kiedy on miał wolną chwilę. Chciałam zasugerować mu, że chciałabym coś zmienić w naszej relacji, coś naprawić. Koniec końców — nie wyszło.
Po paru minutach czekania moją uwagę zwróciło nadjeżdżające w stronę parkingu ferrari. Dziwne, rzadko kto odwiedzał to miejsce o tej godzinie; to ja zwykle wychodziłam ostatnia i zamykałam wszystko. Po chwili doszła do mnie myśl, że ktoś mógł po prostu zabłądzić, jednak nadal zastanawiało mnie, jak na  tym odludziu mógł znaleźć się właściciel tak drogiego samochodu.
Ku mojemu zdziwieniu auto zatrzymało się tuż przy mnie. Miałam co do tego coraz gorsze przeczucie, wszystko wydawało mi się z sekundy na sekundę bardziej podejrzane. Czerwony pojazd nijak nie przypominał rodzinnej terenówki Mike’a, którą ten dzisiejszego ranka podwiózł mnie do szkoły.
Po chwili z samochodu wysiadł ubrany w czarną, skórzaną kurtkę chłopak. Wyglądał na niewiele starszego ode mnie, chociaż nie mogłam dokładnie przyjrzeć mu się przez słabe oświetlenie pobliskiej latarni. Kiedy zaczął do mnie podchodzić, oblał mnie zimny pot. Próbowałam cofnąć się w panice, ale już po chwili napotkałam przeszkodę  — zimną ścianę.
Kiedy stanął tuż przede mną, zrozumiałam, w jakiej sytuacji się znalazłam. Przez myśl przeszło mi tylko jedno słowo:
Cholera.

— Czego ode mnie chcecie, co? — próbowałam uspokoić głos, co prawdopodobnie nie wychodziło mi najlepiej. Cóż, chyba nigdy nie byłam mistrzynią aktorstwa.
— Odpowiedzi. — Po raz pierwszy usłyszałam  ton białowłosego chłopaka. Stanowczy, opanowany. Zdecydowane przeciwieństwo jego kolegi. — Mamy do ciebie parę pytań. Albo grzecznie odpowiesz i szybko się z nami pożegnasz, albo będziesz stawiała opór, a my przestaniemy być mili.
— Chyba sobie żartujecie… Kim w ogóle jesteście? Czemu niby mielibyście się dowiadywać czegokolwiek akurat ode mnie? O co w ogóle chodzi w tym wszystkim? — zadając wszystkie te pytania coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z absurdu całej tej sytuacji. —  Na nic nie odpowiem, dopóki nie dowiem się, co tu się, do cholery, dzieje.
— Księżniczka pokazuje pazurki, co? Hm, powiedzmy, że wystarczy ci wiedzieć, że jesteśmy niebezpiecznymi hakerami, którzy mają zebrać o tobie kilka informacji. — Uśmiechnął się zadziornie, siadając obok mnie na kanapie. Momentalnie odsunęłam się na drugi jej koniec. Chłopak wyciągnął rękę w moją stronę. — Miło poznać, możesz mi mówić Saeyoung, Seven lub Obrońca Sprawiedliwości Agent 707. A ten obok mnie to Saeran. — machnięciem  nadgarstka wskazał na zielonookiego chłopaka, który od chwili siedział w ciszy, przysłuchując się naszej rozmowie.
— Im więcej mi tłumaczysz, tym mniej rozumiem, wiesz? — Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem.
— Nie musisz rozumieć. Wystarczy, że będziesz odpowiadać. — Saeran chłodno skwitował moją wypowiedź, ruchem ręki sygnalizując drugiemu, że ma się pośpieszyć.
— Więc zaczynamy! — Saeyoung wydawał się być aż nazbyt entuzjastycznie nastawiony do całej tej sytuacji. — Jaka jest Twoja rola w organizacji znanej jako Mangowe Wywiady? Jakieś ukryte motywy dołączenia?
Szeroko otworzyłam oczy ze zdziwienia.
— Naprawdę? To są te poważne pytania zadane przez dwójkę niebezpiecznych hakerów? — Podniosłam wymownie jedną brew, dalej lustrując ich wzrokiem.
— Odpowiadaj, albo dwójka niebezpiecznych hakerów przestanie się z tobą cackać — Saeran wyglądał na coraz bardziej zirytowanego. — Szybko to zrobisz i wszyscy będziemy mieli święty spokój.
Westchnęłam, przewracając oczami.
— Na Mangowych Wywiadach, jakby to powiedzieć… bawię się w dziennikareczkę. Ostatnio mało aktywną, ale powiedzmy, że nie zamierzam rezygnować z tej posady. Czy taka odpowiedź was satysfakcjonuje?
Spojrzeli na siebie, po czym znów zwrócili się w moim kierunku.
— Tyle? — Saeyoung wydawał się zdziwiony moją odpowiedzią.
— Co ma znaczyć „tyle”? To wszystko, czym się tam zajmuję. Oczekiwaliście czegoś innego?
— Cóż, jakby to powiedzieć… Twoje przyjaciółeczki wydały się bardziej rozwinąć temat… — Saeran przewrócił kilka stron notatnika, który trzymał na kolanach.
Słysząc jego słowa poczułam gromadzącą się we mnie złość. Przesadzili. Mocno przesadzili. Ignorując na chwilę ból głowy, podeszłam do czerwonowłosego i łapiąc go za bluzę zbliżyłam swoją twarz do jego.
— Jeżeli którejkolwiek z nich spadł chociaż jeden włos z głowy, to nie ręczę za siebie. — Wysyczałam w jego kierunku. — Spróbujcie tylko tknąć Faw… Kaori, a zobaczysz, co oznaczają słowa wkurwiona przyjaciółka.
— Spokojnie, spokojnie. Wszystkie trzy zapewne śpią teraz spokojnie w swoich łóżkach. Informacje o nich zdobyliśmy pośrednio, dziewczyny nas nie poznały. Tylko ciebie spotkał ten zaszczyt. —Na jego usta znów wkradł się zadziorny uśmieszek, który powoli zaczynał mnie irytować —A teraz siądź, żebyśmy mogli kontynuować. No chyba, że wolisz zostać w obecnej pozycji…
— Nie, jednak usiądę. — Wróciłam na swoje miejsce, zakładając nogę na nogę i próbując przypomnieć sobie, jak brzmiała reszta pytania, a no tak, ukryte motywy — Ciekawość była głównym powodem dołączenia do załogi. Chciałam dowiedzieć się czegoś o autorach, których lubię, poznać nowych, a taka posada mi to umożliwiła. Kiedyś myślałam też o studiach dziennikarskich.
— Hmm, wygląda na to, że zrezygnowałaś z tych planów na rzecz politechniki. — Saeran znowu przewrócił kilka stron swojego notatnika. Spojrzałam na niego podejrzliwie. — Mylę się?
— Nie… — odpowiedziałam po chwili namysłu — Umysł ścisły, takie tam. Chyba mimo wszystko wolę cyferki od literek.
— Czyli skończyłaś z pisaniem na dobre?
— Nie do końca, Tworzę do szuflady, że tak powiem. — Odwróciłam zmieszany wzrok. — Chyba mimo wszystko składanie zdań, wypowiedzi w logiczną całość, sprawia mi trochę przyjemności. — Na mojej twarzy zagościł mimowolnie nieśmiały uśmiech. Nie, nie mogłam stawać się przy nich taka rozluźniona… Szybko wróciłam do obojętnego wyrazu twarzy — Co dalej?
— Jak czujesz się pośród załogi? Opowiedz trochę o życiu, jako autorka wywiadów.
— Życie, jako autorka… cóż, jest normalne. Może oprócz paru dodatkowych obowiązków związanych z przeprowadzaniem wywiadów. No i oprócz wspaniałych znajomości, które dzięki temu zdobyłam. Przy reszcie załogi czuję się wyjątkowo… swobodnie? Chyba tak. Jak przy bliskich przyjaciołach. Tylko takich dalszych, bo do najbliższej, Mayako, mam ponad  sto kilometrów drogi. Pewnie gdybym nie dołączyła do Wywiadów dwa i pół roku temu, ominęłyby mnie setki zabawnych, poważnych i podnoszących na duchu rozmów. Świadomość tego sprawia, że… niezwykle cieszę się, z momentu, kiedy kliknęłam opcję wyślij po napisaniu maila do Ronny. I chyba mogę powiedzieć, że była to jedna z lepszych decyzji jakie podjęłam. — Znowu uśmiechnęłam się niekontrolowanie. Nawet jeżeli powinnam zachować przy nich czujność.. trudno było mi cokolwiek poradzić. Kiedy spojrzałam na Saeyounga, który od dłuższej chwili przyglądał mi się z kamienną twarzą, miałam wrażenie, jakby kąciki jego ust również nieco się podniosły.
— Ok, idziemy dalej w takim razie. — Głos Saerana cały czas pozostawał chłodny —  Czym zajmujesz się poza Wywiadami? Zainteresowania, pasje, plany na przyszłość?
— Prawdopodobnie zbyt wiele, by wymieniać. — Westchnęłam. —  Rysowanie, to chyba przede wszystkim. Próbuję szablonować, nieumiejętnie, ale zawsze. Gra na gitarze. Taniec. Nauka koreańskiego. Czytanie. Plany na przyszłość, hmm… Informatyka, na pewno coś z nią związane. Jak na razie planuję studiować na politechnice, jak już pewnie wiecie. Potem… sama nie wiem, będę próbowała wielu rzeczy, zobaczymy, w czym się odnajdę. Nie lubię planować zbyt daleko w przyszłość.
— Odnośnie rysowania — chłopak kontynuował — Jak długo nie nim interesujesz? Jakiś konkretny styl rysowania? Inspiracje?
— Od około… dwóch lat? W każdym razie niezbyt długo. Mimo wszystko staram się intensywnie, regularnie ćwiczyć i nie zniechęcać powolnymi efektami. Z reguły wolę styl kreskówkowy, nierealistyczny, chociaż portrety również zdarza mi się od czasu do czasu nabazgrać. Z inspiracją jest różnie. Czasem to inne prace, piosenki, innym razem w wyniku nudy coś wpadnie mi do głowy. Niestety mój wolny czas rzadko chce współpracować z dobrymi chęciami i zapałem.
— Masz jakieś motywacje do kontynuowania swoich pasji? Inni ludzie, ambicja? — Tym razem do przesłuchania włączył się Saeyoung, który od dłuższego czasu milczał, zostawiając wszystko białowłosemu.
— Raczej ambicja. — odpowiedziałam bez namysłu. —  Stawianie sobie wysokiej poprzeczki i podnoszenie jej co jakiś czas jest… miłym uczuciem. Większości swoich zainteresować nie realizuję też dla samego celu, oczywiście. Mimo wszystko trochę dobrej zabawy nie zaszkodzi. Ludzie… — chwilę zastanowiłam się zanim dokończyłam — zdarzają się wyjątki, które potrafią kopnąć mnie w tyłek i popchnąć do działania, kiedy lenistwo trochę za bardzo przejmie nade mną kontrolę. Ale to nieliczni. Z reguły wolę polegać na sobie. — Spojrzałam na zegar, wiszący na ścianie.  Druga zero trzy. — Długo jeszcze? Mimo wszystko nie przypominam sobie, abym była sową. Nie wiem jak wy, ale ja w nocy z reguły śpię.
Saeran westchnął.
— Masz szczęście, to ostatnie… pytanie — zakończył swoją wypowiedź dość niepewnie. Spojrzał na towarzysza. — Nie wierzę, że je tutaj dopisałeś. Naprawdę nie obeszlibyśmy się bez tego? — zapytał go, unosząc wymownie brew.
— Nie, muszę znać odpowiedź na nie — stanowczo stwierdził Saeyoung.
— Mogę prosić o konkrety? Naprawdę, oczy mi się już same zamykają. — próbowałam ich ponaglić.
— Eh, dobra… — Chłopak po raz kolejny westchnął. —  W skali od  jeden do dziesięciu, jak bardzo zgadzasz się ze stwierdzeniem, że koty są prawowitymi władcami całego naszego świata i otaczającej nas galaktyki?
Zamrugałam parę razy, analizując to, co właśnie usłyszałam.
— Chyba… osiem? — odpowiedziałam skołowana. Nie miałam już siły o nic dopytywać. Nie dzisiaj, nie o tej godzinie, nie po wszystkim, co się stało.
— Widzisz? Wiedziałem, że będą z niej ludzie. — Czerwonowłosego chyba usatysfakcjonowała ta odpowiedź, bo na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — No, a teraz odwieziemy księżniczkę do domu. — Wstał z kanapy, podając mi rękę. Przez chwilę wahałam się, jednak ostatecznie przyjęłam pomoc w podniesieniu się z posłania. Boląca głowa w połączeniu z późną porą zdecydowanie nie były pomocne w utrzymaniu się na nogach.
— Dziękujemy za współpracę. — Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
— Oh, cała przyjemność po mojej stronie — rzuciłam sarkastycznie, kierując się z chłopakiem w stronę drzwi wyjściowych.

U Kaori

Lubię marzyć.
Gdy jestem w szkole, obserwuję świat za oknem. Jest bardzo statyczny i poukładany. Duże stare boisko, parking samochodowy, wysokie, brzydkie drzewa. Czasami widzę ptaki siadające na ich gałęziach, a czasami tylko wydłużone cienie. To wszystko dzieje się pod szerokim i chmurnym niebem. Za niewysokim, brzydkim płotem dostrzegam inne budynki – kawałek szpitala, dachy czyichś domów, malutką galerię handlową.
W oknie widzę twarze błaznów. Roześmiane i rozgadane. W ich oczach kryje się lekki obłęd; wszyscy oni przedawkowali ten wielki świat, który jest za oknem. Są niewolnikami współczesności, samych siebie. Odwracam wzrok i dostrzegam kilka wyjątków. Dinozaury zagrożone wyginięciem. A może one już wyginęły?
Patrzę na tablicę i nie mam siły współczuć skazańcowi. Pospiesznie przepisuję obliczenia, obiecując sobie, że w weekend usiądę nad matematyką, przeliczę wszystko jeszcze raz.
— A jaki jest trzeci wzór skróconego mnożenia, M.? — Matematyk powoli traci cierpliwość. — Mam wpisać jedynkę za nieznajomość wzorów? — Jego głos odbija się od ścian, błazeńskich twarzy i zawisa w eterze.  
Znudzeni uczniowie zaczynają dyskutować. Salę wypełnia, narastający z każdą chwilą, gwar.
— Proszę pana! Zgubiłam się — mówi jakaś dziewczyna.
— Jesteś w szesnastce, środkowy rząd, trzecia ławka — odpowiada matematyk. Chwilę później mężczyzna podnosi ton. Jeszcze inne głosy przekrzykują głosy inniejsze. Zlewają się w spójną transmisję danych, której nie potrafię przyswoić.
Jestem dinozaurem.
Cała klasa szumi. Moja głowa szumi. Czy świat też szumi?
— Proszę pana. — Niepewnie unoszę rękę z ołowiu. — Mogę iść do toalety?
— Proszę bardzo.
Idę powoli, choć mam ochotę ruszyć biegiem. Odprowadzają mnie ciekawskie spojrzenia. Zamykam drzwi i oddycham głęboko. Cisza działa kojąco. Ruszam wymarłym korytarzem do toalety. Czuję na sobie oko kamery, znikam na schodach i widzę drugie oko. Mijam niebieskie szkolne szafki i wbiegam do łazienki. Jest pusta. Podchodzę do umywalek. W lustrzę widzę odbicie, na które nie chcę patrzeć.  
— Laska, to tylko kolejny parszywy dzień. Nic wielkiego — mówię do siebie. Chyba wariuje, ale już nie szumi. — Pomyśl, że za rok będziesz dorosła. Kupisz bilet i pojedziesz pociągiem do Hoshi. Będzie dobrze.
Widzę małe ogniki tańczące w szarości. Poprawiam krótkie włosy, grzywka znów nie chce się układać.
Kieruję się do wyjścia, ale coś ściska mnie w brzuchu. Podnoszę spojrzenie. Z lustra patrzy na mnie zamaskowany mężczyzna. Jego czarny strój przywodzi mi na myśl cienie ptaków zza okna.
Czy świat też szumi?
Świat niknie w ciemności.

Mruczę zadowolona. Łóżko jest trochę twarde, poduszka trochę mała, ale koc jest  za to bardzo mięciutki. I śnię całkiem przyjemny sen. Moja świadomość zabiera na chwilę głos: jak wstanę, to zjem kolację i pouczę się matmy. Szybko wracam do sennej bańki.
Budzę się jakiś czas później. Z opóźnieniem dociera do mnie, że to nie mój materac, nie moja poduszka, nie mój kocyk. Leżę na jakiejś kanapie w zakurzonej bibliotece. Chyba nadal śnię.
— Obudziłaś się? — pyta obcy głos.
Patrzę w prawo i widzę cień. Opiera się o biurko, ręce trzyma w kieszeniach dresów. Długie, hebanowe włosy opadają mu na ramiona. Ma ostre rysy twarzy. W wpadającym przez brudne okno słońcu dostrzegam dwa czarne węgielki jego oczu.
— Kakashi! — krzyczy. Ma zimny tembr. — Choć tu, obudziła się.
Chwilę później pojawia się  inny mężczyzna. Przeczesuje ręką siwą grzywę i posyła mi przyjacielski uśmiech.
— Nie bój się — mówi chrapliwym głosem. — Zadamy ci kilka bezbolesnych pytań.
Siedzę na twardej kanapie i patrzę na nich. Próbuję włączyć myślenie. Próbuję nie panikować. Próbuję nie płakać. Jednak potok czarnych myśli nieustannie napływa do mojej głowy.
— Kim jesteście? — pytam,  łamiąc sobie palce.
— Nie musisz wiedzieć. Po prostu odpowiedz na nasze pytania. — Cień wyjmuje telefon, po czym starannie czegoś w nim szuka. Jego smukłe palce sprawnie wędrują po ekranie.
— Będziecie mieli problemy — szepczę. Nie wierzę w swoje słowa.
Jestem sama w obcym miejscu. Wygląda na to, że jedna z moich chorych fantazji właśnie się spełnia. To przygoda życia. Jednak nie zachowuje się tak, jak w marzeniach. Nie umiem im odpyskować, czy zaatakować ich kopniakiem. Jestem sama w obcym miejscu, a największy problem jest taki, iż porywacze są bardzo w moim typie. I to jedyna rzecz, która pokrywa się z moimi marzeniami.
W końcu dociera do mnie, że oni naprawdę nie zamierzają mnie skrzywdzić. To właśnie przeraża mnie jeszcze bardziej. Postanawiam grać silną, ale nie wiem już kiedy gram, a kiedy autentycznie jestem twarda oraz zdecydowana.
Mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Cień podaje Kakashiemu czarną teczkę i podchodzi do mnie.
— Do zobaczenia, Kaori — mówi, a jego mroczne oczy i twarz na ułamek sekundy rozjaśnia promienny uśmiech.
Odprowadzam go spojrzeniem. Zwiesza szerokie barki  przygarbiając się lekko. Znika postawa niebezpiecznego porywacza – zdejmuje maskę. Czuję lekki ucisk w sercu. Czuję, że cierpi. Chcę ruszyć za nim i mocno go przytulić, ale moją uwagę przykuwa Kakashi. Niespodziewanie siada obok mnie. Trzyma czarną teczkę oraz długopis. Zafascynowana kładę swoją drobną rączkę na jego dużej dłoni. Nie wiem, dlaczego to robię. Mężczyzna nic nie mówi. Trwamy w ciszy. On chyba przestał oddychać.  
Przybliżam się, by sprawdzić, czy żyje. Gorące powietrze uderza w moją twarz sprawiając, iż powoli zjeżdżam spojrzeniem w dół. Skanuję jego pełne usta, smukłą szyję, zgrabne obojczyki. To chore, że fascynuje mnie w ten sposób. Jego ciało cholernie mnie pociąga.
Jestem dinozaurem.
Czy dinozaury wyginęły, ponieważ były chore?
Z transu budzi mnie jego opanowany głos. Słyszę w nim delikatne drżenie.
— Kaori Fukao. Urodzona 16 kwietnia 2000. Znak zodiaku: baran. Kolor włosów: ciemny blond. Kolor oczu: nieokreślony, prawdopodobnie szaro-zielone. Wzrost: sto sześćdziesiąt siedem. Waga: pięćdziesiąt cztery. Ukończyła szkołę podstawową i gimnazjum. Obecnie uczennica liceum, profil humanistyczno-dziennikarski. Bloggerka. Działa pod pseudonimami Fukao i Launisch…
—…i Faworek — wtrącam z uśmiechem, choć jestem zdenerwowana. Zaglądam w czarną teczkę. Znajduje się tam zdjęcie i informacje na mój temat. Są też luki. Mówię mu, że umiem czytać.
Hobby: książki, blogi, koreańskie dramy, anime, koty, muzyka, taniec, fotografia, pieczenie placków, język rosyjski i polski, spacery, zachody słońca. Inne uwagi: osoba uczuciowa i wrażliwa; aspołeczna (chyba jeszcze nie znalazła swoich ziomków); ma kompleksy, paradoksalnie bardzo subtelna i uwodzicielska; niebezpieczna.
Ostatnia uwaga – ładna – była niedbale, jakby w pośpiechu, skreślona
— Skąd masz te informacje? — pytam, cofając rękę. Czuję się niemal naga. Ktoś uzewnętrznił moje wnętrzności. Ocenił mnie i sklasyfikował, jak wymarłego dinozaura. — I po co ci one?
— Ludzie pragnę informacji — odpowiada spokojnie. — Jesteś dziennikarzem, więc powinnaś rozumieć, że oni lubią wiedzieć wszystko o wszystkich. Zadam ci kilka pytań, okej?
Patrzę w lustro jego duszy i nie widzę złych intencji. Choć nie mam pewności. Ostatnio moje oczy trochę szwankują. Mylę się w ocenach ludzi. Przygryzam wargę i kiwam głową na zgodę. Ostatecznie to przygoda mojego życia.
— Czym są dla ciebie Mangowe Wywiady? — pada pierwsze pytanie.
— Całym życiem. To moje malutkie dziecko, moje kochanie. W tym roku kończy cztery latka — mówię na jednym oddechu, jak każda dumna matka. Odwracam wzrok zarumieniona, a Kakashi udaje, że tego nie widzi.
— Twoja rola na blogu?
— Dziennikarz i opiekun maleństwa.
— Jak długo jesteś w załodze?
— Długo — odpowiadam,  po chwili zaś dodaję: — Od października 2014.
— Jak dogadujesz się z dziewczynami?
— Chyba dobrze. Wariat z wariatami zawsze się dogada. — Widzę, że ta odpowiedź go nie satysfakcjonuje. — Yakiimo ostatnio podniosła poprzeczkę swoim świetnymi wywiadami, ale nie mam jej tego za złe. To mnie motywuje do pracy. Mayako chyba jako jedyna potrafi mnie okiełznać, choć jednocześnie przyznaje, że się mnie boi. Ja też się jej obawiam. Hoshi to moja kochana psiapsi. Bezskutecznie próbuję ją motywować do pracy. A Ronny… z Ronny miewam spięcia i lecą iskry. Ofiar śmiertelnych brak. — Zaśmiałam się cicho.
Słońce pada na nasze twarze, więc mrużę oczy. W powietrzu wiruje kurz z zaśnieżonych półek i książek. Pytam, co to za miejsce, ale Kakashi zbywa mnie burknięciem. Pochodzę do zakurzonych regałów, które ciągną się w nieskończoność. Wydaje mi się, że na końcu jest duże lustro. Dotykam grzbietów starych ksiąg. Kurz osiada na moich palcach. Smakuję tę chwilę. W pomieszczeniu panuje idealna cisza.
Podchodzę do dużego, brązowego biurka. Na nim również osiadł drobny, szary pyłek Zaciekawiona otwieram szuflady. Są puste. Na blacie leżą długopisy i ołówki. Stoi tam też biały kalendarz. W tym miejscu czas zatrzymał się 14 lutego 2015 roku. Jeszcze raz zaglądam do wnętrza mebla. Odnajduję zżółkniętą i nadgryzioną kartę czytelniczą. Biblioteka Publiczna im. Hiruzena Sar… Rubryczka imię i nazwisko czytelnika jest pusta. Zauważam, że mimo to ktoś wypożyczył jedną książkę. Data wypożyczenia: 14.02.15r Numer/tytuł: Romeo i Julia
Zastanawiam się chwilę, obracając kartę w palcach. W końcu odkładam ją tam, gdzie jej miejsce. Pośród kurzu i ciemności szuflady.  
— Masz jakieś związane z blogiem plany na przyszłość — Kakashi zniecierpliwiony stuka długopisem w teczkę.
— Hm. — Przygryzam wargę skonsternowana. Coś kłuje mnie w środku, ale ignoruję to i wracam do rzeczywistości. — Dopilnować, by wywiady ukazywały się regularnie. Może jakiś konkurs wakacyjny, ale to działka Yakii. I najważniejsze – przejąć władzę nad światem.
Mężczyzna zatrzymuje długopis w pół słowa, zaskoczony moim wyznaniem. Obserwuję go od bardzo krótkiej chwili. Ma takie smukłe palce.
— A co to ma wspólnego z Wywiadami?
— Wszystko i nic. — Tanecznym krokiem wracam na kanapę. Owijam się kocykiem po sam czubek nosa. — Jestem zwolenniczką dyktatury — mamroczę. — Nie podobają mi się demokratyczne rządy, więc, już od około dwóch lat, dążę do obalenia tego ustroju na blogu. Do prawdziwej polityki się nie mieszam.
— Niestety nie widać żadnych efektów — zauważa mężczyzna, nieprzerwanie notując. Pozostawiam to bez  komentarza i czekam na kolejne pytanie: — Żałujesz, że dołączyłaś do załogi?
— Nie. — Energicznie wyłaniam się spod kocyka i śmieję. — Razem z dziewczynami zwojujemy świat i zmienimy go na lepsze. Tylko one jeszcze o tym nie wiedzą. — dodaję. — Jesteśmy najfajniejszą i najmądrzejszą ekipą. O naszych przygodach możesz poczytać na...
— Tak, wiem!
Zaskoczona jego nagłym wybuchem siadam, kuląc się w sobie. Obawiam się, że znów źle kogoś oceniłam. Jak mogę być tak głupia, by mu ufać. Przygoda życia? Pierwsza i ostatnia. Mimo to uważnie obserwuję ruchy Kakashiego. Jego klatka piersiowa gwałtownie unosi się i opada. Jest w tym coś znajomego; mam déjà vu.
— Powiedz mi coś, czego o tobie nie wiem. — Wstaje i zaczyna nerwowo krążyć po bibliotece. Jest sfrustrowany.
— Znak zodiaku? Szkoła…? Myślisz, że coś o mnie wiesz?! — Wybucham.
— Wszystko, Kaori. Wiem o tobie wszystko.
Uciekam przed spojrzeniem jego intensywnie ciemnych oczu. Odczuwam dyskomfort ciszy. Wiem, że zaraz w powietrzu zawiśnie jej krępująca kuzynka. Nie wiem, jak przed nią uciec. Podciągam nogi pod brodę i oplatam je ramionami. Kakashi głośno wypuszcza powietrze z płuc. Chcę zakończyć to spotkanie. Podaje mi czarną teczkę i długopis.
Zgadzam się.
Stawiam krzywe literki i piszę, że mam dwie zdrowe nerki, jednego młodszego brata i sześć kotów. Że moja begonia ma na imię Benia. Że lubię dobrą poezję. Że pije kawę i nie palę, bo papierosy śmierdzą.  W rubryce ulubione kolejno wpisuję: książki, potrawy, muzykę. I imiona moich byłych-niebyłych, w każdym razie – chłopaków, w których dawniej się kochałam. Czuję, że kogoś pominęłam.
Ostatnia kartka jest przeznaczona na informacje dodatkowe. Wpisuję tam adres bloga z jednopartówkami Yakiimo i piszę krótką recenzję. Na końcu kreślę słowa przeznaczone tylko dla niego, bo wiem, że na pewno je przeczyta. Zajrzyj koniecznie, Kakashi. Spodoba Ci się. Zamykam skórzaną aktówkę. Ogarnia mnie zbawienna ulga.
—  Dane nie zostaną wykorzystane w złych celach — mówi natychmiast. — Itachi niedługo powinien się pojawić. Odwiezie cię. Rodzice myślą, że jesteś u koleżanki z klasy, nauczyciele, że źle się poczułaś i wujek Itachi zabrał cię do domu.
Kiwam głową. Nie podoba mi się ten profesjonalny ton. Nie podoba mi się jego zmieszane spojrzenie i zaciśnięte pięści. Pytam, czy mógłby ze mną posiedzieć oraz pomilczeć. Wiem, że ta sytuacja nie może być już bardziej absurdalna, dlatego nie mogę zrobić nic głupszego od ufania mu.
Kakashi siada na kanapie, nadal jest spięty. Zafascynowana kładę swoją drobną rączkę na jego dużej dłoni.
— Naprawdę nie pamiętasz? — pyta bardzo cicho.
Kręcę głową i lgnę do niego, jak ćma do ognia. Pomiędzy jego obojczykami odnajduję idealne miejsce dla siebie. Natychmiast zasypiam.
Lubię marzyć.

U Mayako

— Tak, pamiętam, Kaori — mruknęłam, podtrzymując komórkę barkiem.
Pamiętasz? — warknęła, a ja przywołałam w pamięci jej rozwścieczoną minę. — Zawsze mówisz, że pamiętasz, a potem zarywasz noce, żeby zdążyć z terminem.
— Tak już mam — zaśmiałam się cierpko, wiedząc, że przy najbliższym spotkaniu prawdopodobnie rąbnie mnie w łeb tym swoim grubym terminarzem, w którym skrupulatnie zapisuje wszystkie moje potknięcia. — Ale zobaczysz… Wstaniesz rano, a na poczcie będzie na ciebie czekał wspaniały, urodzinowy baner.
Trzymam cię za…
Jej wypowiedź została nagle przerwana. Słyszałam jakieś męskie głosy i trzaski, a połączenie po chwili się zerwało. Wzruszyłam ramionami i odłożyłam telefon na blat szafki, w całości poświęcając swoją uwagę kolacji. Byłam pewna, że to jej brat napadł ją na korytarzu domu, chcąc wymusić pieniądze, lub posłuszeństwo. Zawsze wtedy źle kończył.
Przeniosłam się z sałatką do salonu mojego niewielkiego mieszkanka i opadłam na kanapę, chcąc w spokoju zjeść i odpocząć przy jakimś filmie. Zapatrzona w kolorowy ekran, skupiłam się na słabej grze aktorskiej starszego pana, który nie wyglądał nawet trochę wiarygodnie w swojej roli. Po jakimś czasie moje myśli zaczęły krążyć wokół nadchodzącego święta w pracy i przestałam przywiązywać uwagę do oglądanego kryminału.
Ściągnęłam brwi, słysząc jakieś niepożądane dźwięki. Firanka przy otwartym oknie uniosła się gwałtownie, poruszona nagłym przeciągiem. Zaniepokojona odstawiłam talerz na stolik i popatrzyłam w stronę korytarza. Dźwignęłam się na nogi i ostrożnie ruszyłam w tamtym kierunku, kiedy rumor stawał się głośniejszy.
— Cholera… — syknęłam, rejestrując, że coś działo się w mojej sypialni.
Podeszłam pod drzwi i przyłożyłam do nich ucho, zaciskając powieki, jakby miało mnie to uchronić przed jakimś atakiem lub sprawić, że stanę się niewidzialna.
— Matko jedyna, zejdź ze mnie! — Głos jakiegoś mężczyzny wypełzł przez szparę pod drewnianym skrzydłem i przebiegł przez mieszkanie. — Jesteś ciężki, idioto!
Zlękniona odskoczyłam od przejścia i z zaciśniętym gardłem pognałam do przedpokoju. Zamaszyście wyciągnęłam ze zdobionego stojaka czerwoną parasolkę i zarzuciłam ją na bark. Zawsze byłam chojrakiem; wolałam zrobić coś głupiego, jak ci ludzie  w horrorach, którzy zamiast się ratować i uciekać — szli prosto w łapy swojego oprawcy. Podeszłam z powrotem pod sypialnię, przełykając głośno ślinę.
— Jesteście za głośno. — Kolejny głos przypominał mi dziecko. Dodatkowo, sposób, w jaki zwrócił się do kogoś innego, wskazywał na to, że znajdowały się tam minimum trzy osoby. — Zaraz wszystko zepsujecie!
— Frosh się zgadza!
— Dzieci? — warknęłam i ściągnęłam brwi.
Czyżbym stała się ofiarą bandy małych podrostków, którym naprawdę intensywnie się nudziło? Niewiele myśląc, chwyciłam za klamkę i nacisnęłam ją pewnie, popychając drzwi. Wkroczyłam do środka i wzięłam głęboki wdech. To co ukazało się moim oczom, przerosło wszelkie moje wyobrażenia.
— Koty? — parsknęłam, widząc czerwonego czworonoga, który właściwie stał na tylnych łapach. Obok niego znajdował się drugi, o zgrozo, zielony, w stroju różowej żaby. — Co tu się dzieje? Wy mówicie?! Cholera, co to za cyrk?!
Nagle zza łóżka wyłoniła się głowa — tym razem ludzka. Czarne jak smoła włosy, opadały na bladą twarz chłopaka, którego nos przecinała długa blizna. Rubinowe oczy wpatrywały się we mnie z mieszanką zdenerwowania i dziwnego współczucia. Wyglądał jak zdjęty z ulicy ćpun, przed którymi całe życie przestrzegał mnie mój ojciec.
— Kim jesteś?! — wrzasnęłam, biorąc zamach parasolką. — Jak wy się tutaj dostaliście?! To jest piąte piętro!
— Wygadana! — Popatrzyłam wystraszona na zwierzę w niebieskim kubraczku, którego spojrzenie wydawało mi się iście cwaniackie. — Lepiej odłóż tę parasolkę, jeszcze zrobisz sobie krzywdę.
— Frosh też tak myśli! — krzyknął drugi, mrużąc oczy.
W międzyczasie, brunet stanął pewnie na nogi i uniósł ramiona w pokojowym geście.
— Nie chcemy cię skrzywdzić — powiedział spokojnie, powoli ruszając w moją stronę.
Poruszyłam się, chcąc zasygnalizować, że jeżeli zbliży się jeszcze chociaż o jeden krok, to naprawdę mu przywalę. Cała trójka stała nieruchomo i to wydawało mi się dosyć dziwne. W pewnym momencie chłopak popatrzył na coś za mną, a ja już wiedziałam, że nie byli sami. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, ciepła dłoń zakryła mi usta, a silne ramię owinęło się wokół pasa i uniosło mnie ku górze. Wzrok bruneta był naprawdę zblazowany, natomiast kocury wyglądały na zadowolone i podekscytowane.
— Jeżeli będziesz grzeczna, to na pewno nic ci nie zrobimy! — Wesoły ton chłopaka, który powoli zaczął mnie ciągnąć przez korytarz w stronę salonu, całkowicie zbił mnie z tropu. Próbowałam go ugryźć, jednak skubaniec chyba znał się na rzeczy. — Po prostu odpowiesz nam na kilka pytań.
— Sting, mógłbyś zacząć obchodzić się z kobietami nieco delikatniej?
Oprawca rzucił mnie na kanapę i złapał za bark, nie chcąc, bym próbowała uciec, po czym zwrócił się do partnera:
— Zamilcz, baranie! — żachnął się, mocniej zaciskając palce. — Nie mów do mnie po imieniu! Jesteśmy tutaj incognito, zapomniałeś?! Gdzie są twoje pończochy?!
Skrzywiłam się i spojrzałam w górę. Parsknęłam śmiechem, widząc na głowie tego człowieka rajstopy, z wyciętymi otworami na oczy, nos i usta. Nie mogłam w to uwierzyć, czułam się jak w jednym z tych durnych snów, które miewałam po libacjach z Yakiimo. Do mojego mieszkania wlazł jakiś emo chłopak z czerwonymi ślepiami, tani przebieraniec i dwa, gadające koty.
Brunet przetarł twarz dłońmi i podszedł bliżej, po czym kucnął przede mną i popatrzył mi w oczy.
— Jestem Rogue Cheney — powiedział i skinął głową na kocury. — Ten czerwony, niesympatyczny kot to Lector, zaś ten w stroju żaby, Frosh. A ten idiota obok, to Sting. Sting Eucliffe.
— Czy ty wiesz co to znaczy być incognito?! — odezwał się wspomniany na końcu chłopak.
— Skończ już tę farsę!
— Nie! Wszystko zepsułeś!
Nie umiałam poważnie patrzeć na całą tę sytuację. Zwłaszcza kiedy nogawki rajstop zabawnie dyndały w powietrzu przy każdym ruchu chłopaka.
— Czego ode mnie chcecie? — zapytałam w końcu, kiedy przebieraniec odwrócił się tyłem, manifestując swojego focha. — Nie mam zbyt wielu pieniędzy, a do pierwszego jeszcze trochę. Wolałabym nie umrzeć z głodu.
— Nie chcemy twoich pieniędzy — mruknął Sting. — Chcemy informacji.
— Na temat? — Popatrzyłam na niego.
Po raz pierwszy nasz wzrok się spotkał. Wstrzymałam oddech; mimo jego durnego przebrania, byłam w stanie dostrzec lazurowe tęczówki, które otaczały pionowe źrenice. Aż się wzdrygnęłam i spojrzałam na bruneta, który zerkał na mnie ukradkiem. Miał takie same oczyska, tylko że czerwone.
— Ciebie — szepnął Rogue, wzdychając ciężko. — Nie lubisz mówić o sobie i ciężko cię rozgryźć, więc postanowiliśmy zrobić to w trochę inny sposób.
— Na cholerę wam informacje o mnie?! — Cofnęłam lekko głowę. — Nie jestem nikim istotnym. Studiuję, pracuję w radiu, mieszkam sama, rozstałam się z facetem i ususzyłam kaktusa. Ten żółty samochód przed blokiem jest mój, ale za tatusiowe pieniądze. Jestem ze wsi, nie znoszę Yorka mojej sąsiadki i obcych ludzi, którzy bezczelnie ładują mi się do mieszkania.
— Czym zajmujesz się na Mangowych Wywiadach? — Cheney usiadł w fotelu i rozejrzał się po pokoju, zupełnie zbywając moje znaczące spojrzenie i nacisk na końcówkę wypowiedzi. — Skup się, to ważne. Potrzebujemy klarownych wypowiedzi.
— Grafiką — odparłam ostrożnie, ściągając brwi. — Jakie to ma znaczenie?
— Spore! — Eucliffe nachylił się nagle nade mną i zmrużył powieki.
Choć jego jasne oczy były naprawdę cholernie przerażające, te rajstopy...
— Wybacz, nie mogę traktować cię poważnie — parsknęłam i zakryłam usta dłonią.
Wściekły chłopak wyprostował się i zaczął mruczeć coś pod nosem.
— Zgoda, wygraliście — sarknął i chwycił za nogawki, po czym szybkim ruchem zerwał z siebie swoją maskę. — Zadowoleni?!
Uspokoiłam się. Choć każdy jego jasny, blond włos sterczał w innym kierunku, straszliwie naelektryzowany, a szew rajstop odbił mu się na czole, wciąż wyglądał na bardzo urodziwego. Blizna nad prawą powieką sprawiała, że przypominał słodkiego zawadiakę. Kiedy spostrzegł, jak maniakalnie mu się przyglądam, odwrócił wzrok.
— Czasem zrobię jakiś szablon, czasem button. Nic wielkiego — powiedziałam spokojnie, zwracając na siebie uwagę moich nowych gości. Byli zaskoczeni tym, że zaczęłam mówić sama z siebie. — Pomagam przy konkursach, rzucam niekonwencjonalne pomysły, podenerwuję resztę, albo dam jakąś radę. Nie należę do głównego składu, ale należę do…
— Do? — ponaglił mnie Sting, zaciekawiony przechylając głowę.
— Do rodziny — odparłam i uśmiechnęłam się.
Zrobiło mi się ciepło na sercu. Zawsze dobrze wspominałam dziewczyny i fajnie spędzało mi się z nimi czas. Nigdy nie potrafiłam na nie narzekać; mogłam opowiadać o swoich problemach i zagwozdkach. Naprawdę są dla mnie jak siostry. Bliższe, niż większość osób z mojego normalnego otoczenia.
— Nie odlatuj! — Lector wskoczył mi na kolana i złapał mnie za policzki. — Coś się tak rozmarzyła, co? Pomyślałaś o jakimś chłopaku?! Sting! Mówiłeś, że jest wolna i się za nią weźmiesz!
Eucliffe bez zastanowienia chwycił kota i czerwony jak burak, podszedł do okna. Otworzył je szeroko, po czym bezceremonialnie cisnął zwierzęciem w eter.
— Zabiłeś go! — wrzasnęłam, podrywając się na nogi.
Podbiegłam w tamtą stronę, ale znowu zatrzymał mnie swoim ramieniem i odniósł na kanapę, po czym wrócił do okna. Zatrzasnął je i cofnął się o krok, patrząc na nie podejrzliwie. Po chwili moim oczom ukazał się kocur — cały i zdrowy, do tego skrzydlaty!
Opadłam na sofę i poklepałam się po twarzy.
— Może zasnęłam podczas filmu? — mruknęłam, wpatrując się w wyłączony ekran.
— Jesteśmy jak najbardziej prawdziwi — powiedział spokojnie Rogue, kiedy Sting zajęty był awanturowaniem się przez szybę z, o zgrozo, latającym kotem. — Co studiujesz?
— Filologię polską — bąknęłam, siadając wygodniej. — Specjalizacja: dziennikarstwo i komunikacja biznesowa. Ale totalnie się do tego nie nadaję.
— Po czym tak wnosisz? — kontynuował, głaszcząc Frosh. — Jesteś wygadana i obrotna. Głośna, charyzmatyczna…
— Masz w sobie coś takiego, co powoduje, że ludzie lubią za tobą podążać — przerwał mu Sting, siadając w końcu obok mnie.
— To coś, czego ja nie dostrzegam — odparłam, podkurczając nogi. — Chyba kryję pod tym kilka kompleksów. W sumie, to jestem strasznie wstydliwa i jak już robię coś szalonego czy spontanicznego, to przez zwykły impuls.
— Mimo to, zazwyczaj całkiem sprawnie wychodzisz z opresji. — Blondyn zgarnął ze stolika moją bransoletkę i zaczął się nią bawić. — Jesteś cwana.
— Raczej potrafię dobrze manipulować faktami.
— Kłamczucha? — Rogue popatrzył na mnie uważnie.
— Kiedy wymaga tego sytuacja.
— Eh, zła kobieta — podsumował blondyn i uśmiechnął się delikatnie.
W moim mieszkaniu znajdowali się obcy ludzie… i koty. Ale mimo wszystko, nie czułam żadnego zagrożenia. Przez jakiś czas miałam wrażenie, że chcieli jedynie uśpić moją czujność, jednak w miarę dalszych rozmów, oswajałam myśli z tą dziwną sytuacją. Czułam się, jakbym siedziała ze starymi, dobrymi znajomymi, których nie widziałam wieki. Zwłaszcza, że wiedzieli o mnie tak wiele.
— Nie brakuje ci Mazur? — zapytał w końcu Rogue. — Spędziłaś tam pół życia.
— To prawda, znam tamte okolice jak własną kieszeń. — Kręciłam młynka kciukami, mrużąc powieki. — Los odebrał mi w jakiś sposób całą moją przeszłość, ale nigdy nie zapomnę swojego dzieciństwa.
— To tam nauczyłaś się tak dobrze pływać? — zagaił Sting, widząc, że mina mi rzednie. Widziałam, jak unikali przykrych dla mnie tematów i ciągnęli tylko te, przysparzające mi szczęścia. — No i żegluga!
— Tak! — odparłam podekscytowana, odwracając się przodem do niego. — Kocham żagle! W ogóle takie życie w podróży. Obozy, namioty, ogniska. Jestem dzieckiem lasu, tylko po drzewach nigdy nie potrafiłam chodzić…
— Łamaga — zaśmiał się. — Skoczyłabyś na bungee?
— W życiu!
— Masz lęk wysokości?
— Nie — zaśmiałam się i zerknęłam na Cheneya, który wpuścił do mieszkania Lectora. — Raczej boję się, że lina pęknie. Tak samo nigdy nie skoczyłabym ze spadochronem, bo uroiłabym sobie, że się nie otworzy. Ani główny, ani zapasowy.
— A co z innymi fobiami? — Rogue podjął temat, który chyba najbardziej go interesował. Jego mroczna aura w sumie do tego pasowała.
— Boję się pająków i mrówek. I nie znoszę pijanych ludzi.
— Czekaj… mrówki?
— Jak byłam mała, podpatrzyłam, jak brat przeskakuje nad mrowiskiem. Kiedy sama próbowałam to zrobić, to wpadłam prosto w kopiec tych takich dużych. Oblazły mnie i pogryzły. Od tamtej pory panicznie się ich boję.
— Co cię podkusiło? — Lector popatrzył złowrogo na Eucliffe’a. — Dlaczego nie bawiłaś się lalkami, jaki wszystkie normalne dziewczynki?
— Od dziecka lepiej dogaduję się z facetami. Zawsze tak było, jest i będzie, naprawdę. — Westchnęłam i popatrzyłam na zegarek. Dochodziła pierwsza w nocy. — Wygodniej spędza mi się z nimi czas, rozmawia. Nawiązanie kontaktu z dziewczyną graniczy u mnie z cudem. Nie lubię plotkować o facetach i kosmetykach. Wychodzić na imprezy w klubach i upijać się do nieprzytomności, a rzadko teraz mam szansę spotkać normalne laski. Dlatego większość moich przyjaźni w dziewczętami ucieka do relacji internetowych, ale nie narzekam na nie, skoro nie mam ich pod ręką. Wolę usiąść nad wodą z piwkiem i papierosem, pogadać o niczym. Albo o dobrych filmach. Książkach. Grach. Psychicznie jestem mocno niekobieca. Fizycznie z resztą też.
— Ta, widziałem co masz w szafie — mruknął Sting. — Same bluzy, zero sukienek. Na studniówkę poszłaś w dresie?
— Nie, ale na wesele mojego brata już tak.
— Poważnie?
— Mama mnie tak ubrała. Miałam super szeleszczący komplecik, w seledynowych odcieniach. Zdecydowanie byłam gwiazdą wieczoru.
Chłopcy wymienili zdruzgotane spojrzenia. Choć wydawało mi się to przeraźliwie niedorzeczne, wiedzieli o mnie naprawdę wiele i nadal mi to nie przeszkadzało. Nie miałam pojęcia kim byli i czego ode mnie tak naprawdę chcieli. Ale rozmowa z nimi sprawiła, że pierwszy raz od dawna, co prawda niebezpośrednio, ale wygadałam się. Dałam upust emocjom, mogąc opisać im swoją osobę i zweryfikować siebie przed sobą.
— Mayako — mruknął Sting, patrząc na mnie poważnie. — Czego tak naprawdę chcesz od życia?
— Szczęścia, jak każdy chyba… — wyszeptałam, po chwili głośno ziewając. Czułam, jak głowa opada mi na oparcie sofy. — Pragnę spokoju i beztroski. Odsunięcia od siebie wszystkich fałszywych osobowości, które toksycznie wpływają na mój żywot. Nie wymagam bogactwa, poradzę sobie bez niego. Potrzebuję jedynie tych wszystkich ludzi, na których mi zależy. Ludzi z pasjami, marzeniami, uporem w dążeniu do wytyczonych celów.
Powieki same mi się zamknęły.
— Mamy wszystko. — Usłyszałam Rogue’a, który wstał z fotela. — Nie znosi wątróbki, upałów, ludzkiej nadgorliwości i herbaty z firmy Vanessa. Uwielbia sushi, swój pokój, nocną jazdę samochodem, Jankosa z H2K… kimkolwiek on jest… — Wymieniał tak jeszcze jakiś czas, wyraźnie odhaczając wszystkie te pozycje. — To pokrywa się z informacjami, które dostaliśmy. Chociaż… wspominali, że jest nieufna, a jednak z nami rozmawiała. O wszystkim.
Sting podniósł mnie z sofy i chwilę stał w miejscu.
— Nie pomyślałeś, że lubi zgrywać pozory? — zauważył chłopak. — W końcu każdy, nawet największy introwertyk, potrzebuje czasem ludzi. Nie uważasz?
Czułam, jak z wolna ruszył przed siebie. Szedł naprawdę spokojnie, jakby nie chcąc mnie wybudzić. Chwilę później, leżałam już na łóżku.
— Widzisz? Mówiłem ci, że nie zrobimy ci krzywdy. — Resztką sił uchyliłam powieki i popatrzyłam na Eucliffe’a, który zarzucił na mnie koc. — Możesz spać spokojnie.
— Po co to było? — mruknęłam, kiedy chciał już odejść.
Poczułam, jak czochra moje włosy.
— I tak nigdy byś mi nie uwierzyła — odparł cicho i zniknął za drzwiami.
Przestałam słyszeć głosy i wmawiałam sobie, że cała ta sytuacja była tylko głupią marą, spowodowaną zmęczeniem po całym dniu biegania z mikrofonem i robienia sond na deptaku w Radomiu.
Bo najbardziej ze wszystkiego, nie znosiłam samotności, a wybierając mieszkanie w pojedynkę, sama się na nią poniekąd skazałam. Czy naprawdę było już na tyle źle, że wymyślałam sobie niekonwencjonalnych towarzyszy rozmów?
— Wpadnijcie jeszcze kiedyś — mruknęłam, przewracając się na drugi boczek.
Może następnym razem poczęstuję ich ulubioną herbatą?

***
Yakiimo zaśmiała się gromko, wpychając do ust kilka frytek na raz, po czym popiła je bezalkoholowym piwem cytrynowym. Pozostałe dziewczyny również chichotały, rozbawione opowieścią Mayako o dwóch włamywaczach w rajstopach na głowach oraz gadająco-latających kotach.
Klub był wyjątkowo popularnym i przepełnionym ludźmi miejscem, lecz dziewczyny, chcąc spędzić wieczór w swoim towarzystwie, zarezerwowały mniejsze pomieszczenie na piętrze, gdzie zyskały własnego barmana, cichszą muzykę oraz wyjątkowo przystojnych kelnerów. Siedziały na fioletowych, skórzanych kanapach, śmiejąc się, gadając, czasami przyjacielsko sprzeczając; zza oszklonej ściany obserwowały tłum wrzeszczących imprezowiczów z parteru, którzy raz pojawiali się w kolorowych światłach, by zaraz zniknąć. Widziały ogień i srebrne konfetti buchające ze sceny, zaś sama energia klubu niezmiernie im się udzielała.
— Co z tobą? — Yakiimo z zawadiackim uśmieszkiem przyczepionym do twarzy poszturchała siedzącą obok niej Kaori, która od dobrych kilku sekund beznamiętnie wpatrywała się w wypełnioną do połowy sokiem szklankę. — Dosypali ci tam czegoś? — Blondynka ze smutkiem popatrzyła na swoje piwo, przez chwilę żałując, że nie złożyła identycznego zamówienia, co jej koleżanka.
— Myślę, że to problem wagi sercowej — szepnęła Hoshi, delikatnie pochylając się nad blatem, po czym otrzymała porządnego kopniaka od Fukao Skrzywiła się nieznacznie, pokazując tamtej język, podczas gdy Mayako uśmiechnęła się pod nosem, marszcząc brwi i litościwie kręcąc głową.
Towarzystwo trzech młodszych członkiń Mangowych Wywiadów w ogóle jej nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, potrafiła złamać z nimi jakiekolwiek bariery wieku, traktując, jak swoją internetową rodzinę. Każda z nich była inna; Hoshi polecała najnowsze gry dla fanów japońskich animacji, Kaori doskonale radziła sobie w roli liderki, od czasu do czasu porządnie potrząsając współpracownikami, a Yakiimo była buntowniczką z wyjątkowo wielkim serduchem. Maya doskonale wiedziała, że za taki zespół, dałaby się pokroić najgorszemu wrogowi.
— Ten Kakashi… Czy on ma z tym coś wspólnego? — Yakiimo znacząco poruszyła brwiami, sprawiając, iż na twarzy Fukao pojawiły się dwa pokaźne rumieńce. Energicznie pokiwała głową, odpędzając od siebie myśl krążące wokół osoby tajemniczego, lecz jakby znajomego jej chłopaka.
— Nie martw się, Faworek. Jak coś, to ja chętnie się tobą zaopiekuję. — Z powagą w głosie oznajmiła Maya, ledwie powstrzymując się od parsknięcia śmiechem.
Kaori instynktownie przyczepiła się do ramienia Inami, niemal zrzucając dziewczynę z kanapy.
— Szybko, daj mi kija. — Potrząsnęła nią gwałtownie, aż ta oblała się piwem.
— Cholera — zaklęła Yakiimo, wierzchem dłoni ocierając usta. — Idę do łazienki, zanim zacznę śmierdzieć, jak menel. — Wstała i, puszczając oko ciemnowłosemu kelnerowi, tanecznym krokiem odeszła w stronę drzwi ukrytych w ciemniejszej części sali.
Pochylała się nad umywalką, przepłukując buzię zimną wodą. Muzyka w ogóle tutaj nie docierała; najwyraźniej ktoś zainstalował dźwiękoszczelne drzwi. Właściwie Yakiimo spodobał się ten pomysł, bowiem w innym wypadku nie wiedziałaby czy tańczyć, czy raczej załatwiać swoją potrzebę. Mimo braku większego talentu w dziedzinie muzyki uwielbiała podrygiwać w jej rytm i śpiewać. Robiła to zawsze, także wszędzie, zupełnie nie przejmując się otaczającymi ją ludźmi oraz byciem taktowną dziewczyną z dobrego domu. Przyjrzała się swojemu odbiciu; miała drobną twarz, którą koledzy z klasy porównywali do twarzy noworodka, podkrążone szare oczy i nieschodzący z ust uśmiech. Odkąd dołączyła do Wywiadów nie mogła doczekać się ów spotkania. Podobnie, jak reszta była jubilatką, swoją drogą właśnie tak się czuła; jakby noc należała tylko do niej i pozostałej trójki. Wargi musnęła fioletowym, matowym błyszczykiem, zacmokała ostentacyjnie, po czym ruszyła do wyjścia.
W progu minęła się z wysokim chłopakiem, któremu sięgnęła zaledwie do klatki piersiowej. Przed oczami mignął jej jedynie cwaniacki uśmiech mężczyzny. Zauważyła iż ubrany był w białą koszulę z krawatem.
— To damska — mruknęła zakłopotana, lecz nieznajomy prawdopodobnie nie usłyszał jej, bo błyskawicznie zniknął we wnętrzu ubikacji, zostawiając ją na zewnątrz.
Wzruszyła ramionami, a potem uśmiechnęła się, widząc jak Mayako energicznie do niej macha. Kaori i Hoshi szarpały się ze sobą, demolując wszystko, co znalazło się na blacie. Z powrotem usiadła na swoim miejscu, szczerząc się do wszystkich.
— Dziewczyny — zaczęła poważnie Kaori, a pozostałe wzdrygnęły się, od razu prostując. — Naprawdę nie podoba mi się ta sprawa z porwaniami…
— I włamaniem — mruknęła Mayako, lecz Fukao zgasiła ją ostrym spojrzeniem.
— Spokojnie, wypytywali nas o jakieś bzdety — skwitowała Hoshi.
— Jakby co, znamy imiona, w tym mieście wystarczy znać odpowiednie osoby. Wy załtwicie łopatę i czarny worek, a ja pogadam z kim trzeba. — Inami zupełnie zrelaksowana rozłożyła się na oparciu, sięgając po miskę z nachosami.
— Jeny, Yakiimo, nie chodziło mi o zabijanie ich, raczej myślałam, żeby...
Wypowiedź Kaori przerwał gigantyczny, różowy tort, który w tamtym momencie wjeżdżał do sali na metalowym stoliku prowadzonym przez kolejnego chłopaka ukrytego za całą masą lukrowanych jednorożców i bitej śmietany. Wzniosły głośny toast, szklankami stukając się w powietrzu. Ciasto podjechało kilka metrów przed ich stolik, a Hoshi jako pierwsza złapała za talerz, oczekując największego, najbardziej słodkiego kawałka.
Wtem górna warstwa poruszyła się nagle, doprowadzając dziewczyny do chwilowej palpitacji serca. Wymieniły ze sobą porozumiewawcze spojrzenia, aż w końcu Kaori głośno przełknęła ślinę i wstała, zbliżając się do obiektu ich zainteresowania. Delikatnie, aczkolwiek stanowczo dźgnęła palcem polewę, a wówczas z wnętrza wystrzeliły dwa małe obiekty. Mayako i Yakiimo wrzasnęły, Hoshi zakryła usta dłońmi, natomiast Kaori zachwyciła się tym, co zobaczyła. Dwa urocze, latające koty patrzyły na nią z góry, uśmiechając się szeroko; Fukao uwielbiała te zwierzęta do tego stopnia, że w domu opiekowała się szóstką takowych futrzaków, zaś perspektywa wejścia w posiadanie tych latających okazywała się okropnie kuszącą. Mimowolnie wyciągnęła ramiona do góry, zaciskając palce w powietrzu i marudząc coś pod nosem. Mayako poderwała się na równe nogi, wlepiając w nich spojrzenie pełne niedowierzania. Zza stolika wychyliła się kolejna postać — mężczyzna o czerwonych włosach, w którego Hoshi oskarżycielsko wycelowała palec.
— To ty! — wydukała, po chwili jąkania się.
— A ja. — Zaśmiał się pod nosem, przyciągając do siebie nieco znudzonego białowłosego, który lekko kiwnął głową i ziewnął. — Miło cię znowu widzieć.
— O nie, nie pisałam się na to! — wrzasnęła zbulwersowana.
— Jak żadna z was.
Kaori drgnęła, po czym odwróciła się w kierunku drzwi wejściowych, skąd wyłonił się Kakashi wraz ze swoją prawą ręką — Itachim. Fukao poczuła gorąco oblewające jej policzki; była pewna, że wygląda dość komicznie, toteż szybko spuściła głowę, ukrywając zawstydzenie. Hatake podszedł do niej powoli, złapał jej brodę między kciuk a palec wskazujący. Uniósł twarz dziewczyny tak, aby mogła patrzeć mu prosto w oczy, a potem przesunął opuszką po jej dolnej wardze i minął bez słowa, pozostawiając w zupełnej rozsypce.
W międzyczasie na kolana Mayi upadła niewielkich rozmiarów koperta. Ostrożnie, rozglądając się po pozostałych, wyjęła jej zawartość, prawie piszcząc z radości, kiedy jej oczom ukazał się bilet do jednej z mazurskich miejscowości. Ciepła dłoń zacisnęła się na jej ramieniu.
— Dziesięciodniowy pobyt, masz też zaklepane żagle. — Sting uśmiechnął się nieśmiało, sprawiając, że Mayako rzuciła mu się na szyję, twarz mocno wtulając w jego szyję.
Wciąż nie czuła strachu, dyskomfortu ani złości z powodu ich wcześniejszego komicznego włamania. Stojącemu obok Rogue’owi posłała buziaka, którego skwitował mlaśnięciem i odwróceniem twarzy. Zaśmiała się pod nosem, mrugając kilkakrotnie, aby odpędzić od siebie łzy wzruszenia.
Twarze konwersujących ze swoimi porywaczami Kaori oraz Hoshi również zdobiły szerokie uśmiechy. Akairo pokazywała chłopakom najnowszą pobraną przez siebie aplikację, natomiast Fukao dyskretnie wypytywała Kakashiego o to, co powinna pamiętać. Mężczyzna jednak milczał, jak zaklęty, więc liderka straciła nad sobą panowanie i zdzieliła go po głowie, co wywołało salwę śmiechu u Itachiego. Tylko Yakiimo smętnie sączyła resztki piwa, podświadomie zazdroszcząc dziewczynom niespodzianki. Faktycznie cieszyła się z tortu, imprezy, lecz ona także chciałaby nieco więcej dowiedzieć się o swoich nieciekawych znajomych. Wtedy ktoś złapał za skórę na jej szyi i uszczypnął. Jęknęła, odrywając plecy od oparci, następnie popatrzyła za siebie, wywracając oczami.
— Wydawało mi się, czy jesteś trochę samotna? — zagadnął blondyn, dokładnie ten sam, którego minęła w łazience.
— Kolejna seria pytań, popaprańcu? — Zaśmiała się kpiąco.
— Uznaliśmy, że się stęskniłaś. — Obok niej usiadł Madara, sięgnął do stosu frytek i jedną włożył sobie do buzi, nie racząc nawet spojrzeń na swoją rozmówczynię.
— Zapewne — prychnęła, chociaż miała wrażenie, iż nieco jej ulżyło.
— Masz — Naruto podał jej starannie owinięte pudełeczko. Odpakowała je, a w środku znalazła srebrny kolczyk w kształcie łapacza snów. — Idź wreszcie do kosmetyczki. — Złośliwie uniósł kąciki ust; to była jedna z niewielu chwil, kiedy Yakiimo zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć.
— Dobra. — Saeran starannie zagonił pozostałych do stołu. — Najwyższy czas wznieść toast. Przedtem jednak chciałbym podziękować dziewczynom za to, że nie stawiały zbytniego oporu w udzielaniu nam informacji.
— Mów za siebie — wtrącił Naruto. Yakiimo błyskawicznie wbiła mu dłoń między żebra.
— Ale też za to — ciągnął dalej niewzruszony — że od czterech owocnych lat prowadzą Wywiady. Na dobre, na złe, ale nigdy się nie poddają, zawsze organizują coś nowego, mają całą masę pomysłów. Wspierają się nawzajem i są cholernie silnymi filarami Mangowych, więc możemy być zupełnie spokojni o przyszłość tej strony. Przecież jest w nie byle jakich rękach. Wasze zdrowie, dziewczyny! — Uniósł kieliszek z szampanem, a męskie grono uczyniło podobnie, powtarzając jego ostatnie słowa.
— Nasze zdrowie — szepnęły do siebie, uśmiechając się tajemniczo.
W końcu musiały jeszcze wymyślić, jak zemścić się na swoich nowych znajomych.




Drodzy Czytelnicy!
Zebraliśmy się tutaj, aby świętować czwarte urodziny Mangowych Wywiadów. Każdy z Was może śmiało czuć się jubilatem. Byliście z nami na dobre i na złe, wspieraliście, chętnie braliście udział w konkursach, ofiarowaliście swoje cenne rady i opinie. Wzloty i upadki na zawsze pozostaną częścią tego bloga, jednak nigdy się nie poddamy ponieważ mamy Was, wiernych Czytelników, dla których chcemy tworzyć.
Z tej okazji cała załoga Wywiadów chciałaby życzyć wszystkiego, co najlepsze: samych sukcesów w życiu prywatnym, jak i blogowym, niekończących się pomysłów na nowe blogi tudzież krótkie opowiadania, wytrwałości w dążeniu do obranych celów, nowych, dobrych znajomości. Mamy nadzieję, że mimo upływającego czasu, wciąż będziecie stać u naszego boku, pomagając w tworzeniu Mangowych Wywiadów. Dziękujemy, że jesteście! ❤

Załoga Mangowych Wywiadów


10 komentarzy:

  1. Wszystkiego najlepszego dziewczyny! Oby Wywiady funkcjonowały jeszcze przez lata.
    Nie spodziewałam się takiej niespodzianki. Wywiad w formie opowiadania. Świetne!
    Życzę Wam jeszcze więcej wspaniałych pomysłów, weny i tego byście dalej cieszyły się z tego co robicie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratki i czekoladki z okazji czwartej rocznicy! Mam nadzieję, że Wywiady będą funkcjonować jeszcze dłuuuugo, bo prawdę mówiąc, ostatnio zastanawiam się nad zgłoszeniem się na wywiad xD Co do niespodzianki, to wow... Udało się Wam mnie zaskoczyć i to bardzo, ponieważ myślałam, iż niespodzianką będzie jakiś konkurs :D Wywiad w formie opowiadania cudowny, momentami bardzo śmieszny (serio płakałam ze śmiechu, zwłaszcza przy przesłuchaniu braci Choi, oni wszystko pozamiatali xD) i interesujący. To na koniec, życzę Wam żebyście dalej czerpały satysfakcję oraz przyjemność z Wywiadów, a także wesołych, spokojnych, zdrowych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgłaszaj się, nie gryziemy. x'D
      Cieszymy się, że Ci się spodobało! No pacz, a chciałam zabronić Hoshi brania postaci z MM. :3
      Również wesołych świąt! Trzymaj się ciepło. <3

      Usuń
  3. Jestem zachwycony.
    Całym pomysłem i jego wykonaniem, naprawdę. Najfajniejsze jednak w tym wszystkim było to, że przez każdą waszą część, przebijały się nie tylko informacje na wasz temat, ale przede wszystkim charaktery. Czytelnik miał szansę jakoś władować się wam do głów i zrozumieć różne perspektywy.
    Ach, no i pokazałyście klasę, jeżeli chodzi o samo pisanie. Każda z was ma naprawdę zajebisty poziom, każdą czyta się z szerokim bukiecikiem emocji. Zachwycacie, zadziwiacie, rozbawiacie. I to strasznie w waszej czwórce cenię.
    Szkoda tylko, że szefowa się nie popisała, no ale cóż. Nie można wymagać wszystkiego.

    Najlepszego dziewczyny! Niech ten blog nigdy nie umiera. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. 1. „Jednak wiele razy przekładałm treningi, albo przynajmniej próbować to robić, kiedy on miał wolną chwilę.“
    2. „— Nie do końca, Tworzę do szuflady, że tak powiem.“
    3. „— Ludzie pragnę informacji — odpowiada spokojnie.“
    4. „Że pije kawę i nie palę, bo papierosy śmierdzą.“
    To tak na dobry początek, sorry xDD

    Świetny pomysł! Genialnie napisane — lekko i z humorem, czyli tak, jak lubię najbardziej <33
    Wszystkiego najlepszego: zdrowia, szczęścia w życiu prywatnym, regularnego publikowania wywiadów i mnóstwa chętnych do ich udzielania, żeby Mai nie zadręczyli w radiu, a Kaori, Yakiimo i Hoshi żeby przetrwały w liceum. A oprócz tego — weny i kolejnych wspaniałych pomysłów <3
    (Myślałam, że Yakiimo jest wyższa xD).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie dlatego, że wiedziałam, że grałaś w kosza i tak sobie wydedukowałam, że koszykówka = wysoki wzrost. Ale w sumie to sama gram, chociaż raczej sporadycznie, a wysoka to ja nie jestem xDD (te 163 cm, hehehe).

      Usuń